Mamy gorący czas wyborów, premier Morawiecki krąży po Polsce, kandydaci rutynowo składają obietnice, a w szkołach ciągle nie ma etyki. Z punktu widzenia władzy to bardzo dobrze, bo po co ludzie mają wiedzieć, jak odróżnić manipulację od rzeczowego uzasadnienia, czym jest prawda i czym jej zatajenie różni się od kłamstwa. Etyka tego uczy, więc nic dziwnego, że każda władza woli faszerować młodzież religią, która uczy z kolei, że należy być posłusznym, o nic nie pytać i modlić się. Kościół Prawdą nie musi się zajmować, bo nią jest.

Wielu polityków też jest przekonanych, że są „drogą, prawdą, życiem” (J. 14), a nie jakimiś zwykłymi, omylnymi ludźmi. Gdy prezes Kaczyński co miesiąc krzyczał do swego smoleńskiego ludu na Krakowskim Przedmieściu o „prawdzie, która zwycięży”, to miał zapewne na myśli ten rodzaj substancjalnej prawdy, którą dysponował – według św. Jana – Jezus. Bo przecież nie chodziło mu o prawdę rozumianą jako zgodność z faktami. Wszak – jak otwarcie powiedział niedawno – historię piszą zwycięzcy, więc jeśli wersja zwycięzców nie zgadza się z faktami tym gorzej dla faktów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej