„Kler”. Film, którego (prawie) nikt nie widział, ale wszyscy mają opinię. Dla jednych najbardziej oczekiwana produkcja roku, dla „Wiadomości” TVP „kolejny brutalny, ale nieprawdziwy atak na Kościół katolicki” w wykonaniu bliżej nieokreślonych wpływowych środowisk (a poza tym, co z Romanem Polańskim?). Dla Kościoła – problem, który, sądząc po głosach jego członków i sympatyków, próbuje rozwiązać, a raczej zakrzyczeć, w najgorszy z możliwych sposobów.

Właśnie wróciłam z pokazu prasowego. Przed kinem – to nie zdarza się co dzień – ustawiła się kolejka dziennikarzy, a „Kler” pokazywano w dwóch salach; zarówno temat, jak i umiejętnie podsycane przez dystrybutora zainteresowanie (tzw. hype) zrobiły swoje. Ale Wojciech Smarzowski nie zawiódł. „Kler” jest znakomity, precyzyjny, świetnie równoważący satyrę i groteskę z momentami cichej, ale tym mocniejszej grozy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej