Wiedza jest względna. Galen uważał, że większość chorób jest spowodowana zastojem krwi, więc zalecał flebotomię. Przez setki lat puszczano więc ludziom krew, wierząc, że zabieg ten oparty jest na solidnych naukowych podstawach.

Uczeni lekarze wieków średnich wiązali większość kobiecych chorób z wędrującą po ciele macicą, więc ją przeganiali z miejsca na miejsce za pomocą cuchnących naparów. Uczeni XVIII stulecia byli pewni, że niektóre choroby psychiczne biorą się z masturbacji, w XIX wieku leczono alergie za pomocą skalpela, a nowocześni XX-wieczni lekarze (nie tylko naziści) wierzyli, że dzięki masowym sterylizacjom chorych, biednych i amoralnych (głównie kobiet) oczyszczą rasę i zapewnią dobrobyt.

Historia nauki pełna jest pomyłek, pychy i fałszów. Nie wszystko więc, co dziś „naukowe”, okaże się takim w przyszłości.

Na przykład leśnictwo. Jestem głęboko przekonana, że to ślepa uliczka nauki, która opierając się na rzekomej wiedzy, demoluje przyrodę. Leśnicy mają za sobą autorytet nauki, racje oparte na badaniach, a przede wszystkim na kalkulacji zysków, których na pewno nie mają ekolodzy hobbyści-sentymentaliści. Na poważnych wydziałach uczą się, jak „zarządzać” lasem, jak go „użytkować”, „zagospodarowywać”, „odnawiać”. Ten ekonomiczno-użytkowy język nie dziwi, bo lasy są częścią gospodarki, jej składem drewna, a więc kapitałem, który ma przynosić zysk. Duży zysk.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej