Władza zachowuje się w sposób amoralny, dając przyzwolenie na oszustwo, kłamstwo, oszczerstwo. A wszystko to w otoczce patriotycznego wzmożenia i irytującego patosu usprawiedliwiającego każde wypowiedziane słowo.

Kampania wyborcza ma swoje prawa. Można obiecać złote góry, nowe dzielnice, obwodnice, drogi i ekstra pieniądze dla wszystkich. Tak było, jest i będzie. I ma to nawet swój kampanijny urok. Ale w Polsce 2018 roku już nie wystarczy obiecywać wszystkiego wszystkim. Nie wystarczy już spierać się z konkurentami. Teraz trzeba kandydata pogrążyć, pognębić, oskarżyć o największe przestępstwa, mówiąc krótko – zgnoić. Prawda się nie liczy. Kłamstwo i oszczerstwo zyskały status szlachectwa.

Można przedstawiać zmarłych na listach poparcia i nie spotyka się to z żadnym potępieniem. Co myślał sobie polityk, który wpisywał nazwiska umarłych na listy wyborcze? Nie lider kanapowych Wolnych i Solidarnych, bo raczej nie przyszłoby mu to głowy. Ale ktoś tam na dole, kto jest od partyjnej czarnej roboty. Myślał pewnie, że tak można, bo ludziom władzy i przy władzy wszystko wolno. Na tym właśnie polega postępująca amoralność. Na poczuciu bezkarności i wyjątkowości. Czują się bogami?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej