Jeszcze trzy lata temu Turcja ostro protestowała przeciw sposobowi traktowania przez Chiny żyjącej w Sinkiangu ujgurskiej mniejszości, muzułmańskiej i spokrewnionej z Turkami etnicznie. Ankara udzieliła schronienia tysiącowi Ujgurów, którzy uciekli do Tajlandii; nad przydzielonymi im w Anatolii domami powiewała znienawidzona przez Pekin flaga Islamskiego Ruchu Wschodniego Turkiestanu – taka sama jak turecka, lecz błękitna, nie czerwona.

Chiny robią jednak wszystko, by Sinkiang nie był Turkiestanem. Jak ustaliła ONZ, około miliona z kilkunastu milionów Ujgurów jest uwięzionych w „obozach reedukacyjnych”, w których mają wyrzec się „ekstremizmu”. Można tam trafić za samo praktykowanie islamu albo za namawianie innych, by rzucili alkohol lub papierosy, co świadczy o zwiększonej pobożności, czy za to, że zegarek wskazuje czas o dwie godziny wcześniejszy niż oficjalny pekiński – bo w ten symboliczny sposób Ujgurzy chcą wyrażać swą odrębność. Według relacji osób, które przeszły przez te obozy, stosuje się tam rutynowo bicie, czasem tortury, ale najprostsze metody pozostają najskuteczniejsze. Ot, nie dostaniesz jeść, dopóki nie odśpiewasz wszystkich zwrotek pieśni „Gdyby nie partia komunistyczna, nie byłoby Chin” ku pełnemu zadowoleniu strażników. Od nich też zależy, ile miesięcy czy lat spędzisz w obozie, zanim uznają cię za zreedukowanego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej