Przed posłami Parlamentu Europejskiego stanął we wtorek węgierski premier Viktor Orbán, broniąc się przed zarzutami Komisji Europejskiej i sporej części eurodeputowanych, że w rządzonym przez niego kraju narusza się fundamentalne unijne wartości. Deputowani nie uwierzyli. I w środę przygniatającą większością głosów zdecydowali o wszczęciu procedury z art. 7.

W tym samym dniu i w tym samym miejscu Jean Claude Juncker, szef Komisji Europejskiej, wygłosił swoje czwarte i ostatnie orędzie o stanie Unii.

Wystąpienia Orbána i Junckera łączy tylko to, że pokazują dwa przeciwstawne kierunki, w których może podążać Unia. Te dwie wizje Europy zetrą się w maju podczas wyborów do europarlamentu.

W historii UE będzie to krytyczny moment, bo wyborcy wyślą do PE sporą reprezentację eurosceptycznych populistów. Mogą się oni stać istotną siłą, która za europejskie pieniądze i zgodnie z literą europejskiego prawa zacznie rozwalać Unię od środka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej