- Nikt nie zrobił tyle w walce z pedofilią - chwalił się w piątek Zbigniew Ziobro, gdy napisaliśmy, że w jawnym rejestrze przestępców seksualnych, który stworzył wraz z Patrykiem Jakim, brakuje księży, którzy latami gwałcili dzieci.

Rejestr ten, choć populistyczny, jest ułomny w odniesieniu do walki z pedofilią w Kościele. Bo nawet jeśli ksiądz - jak Paweł Kania ze Śląska, który przez 10 lat gwałcił chroniony przez biskupów - został skazany za gwałt i dostał dożywotni zakaz pracy z dziećmi, to do rejestru nie trafi. Musi bowiem - jak zapisano w ustawie o tym rejestrze - zgwałcić dziecko „ze szczególnym okrucieństwem”. Tyle że to domena patologicznych agresorów, którzy zwykle szybko wpadają, bo działają impulsywnie. Wystarczy zajrzeć do jawnego rejestru Ziobry, by się o tym przekonać. Księża natomiast molestują latami, ostrożnie dobierają ofiary, wspiera ich autorytet sutanny i Kościoła.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej