Sammy Ketz jest korespondentem wojennym AFP

Po pięciu latach przemierzania wzdłuż i wszerz niszczonej przez wojnę Syrii, gdzie kilkakrotnie otarłem się o śmierć z ręki snajpera lub na skutek eksplozji niewybuchu, właśnie przyjechałem z misją reporterską – po raz trzeci od amerykańskiej inwazji z 2003 roku – do Iraku. Przebywałem w Mosulu, byłej stolicy Państwa Islamskiego. Miałem przygotować materiał o dzieciach powracających do szkoły zamkniętej trzy lata wcześniej przez dżihadystów. Zastanawiałem się, jak najlepiej opisać ich radość, kiedy zasiadły ponownie w długo zakazanych szkolnych ławkach w tym zrujnowanym mieście.

Siedziałem w restauracji z fotografem, operatorem i kierowcą AFP przed powrotem do Bagdadu, czytając artykuł o europejskiej debacie na temat praw pokrewnych oraz planu ich zastosowania do prasy. Tekst zaciekawił mnie, ale nie zaszokował.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej