Według danych MEN w poprzednim roku szkolnym z takiej możliwości korzystało ponad 20 tys. dzieci. Wiele z nich po wakacjach nie będzie mogło wrócić do szkoły. „Reforma” edukacji wyrzuci je na margines społeczeństwa i ograniczy szanse na samodzielność w dorosłym życiu.

Petycję podpisało do tej pory 50 tys. osób, a MEN ma już tylko kilka dni na wycofanie się ze zmian w prawie. Jeśli tego nie zrobi, od 1 września wielotysięczna grupa dzieci zostanie praktycznie wykluczona ze szkół.

Te zmiany to dwa rozporządzenia minister Anny Zalewskiej – z 9 i 28 sierpnia 2017 r. – które nakazują prowadzenie zajęć indywidualnego nauczania „w miejscu pobytu ucznia”. To dlatego od września dzieci, które korzystały w przypadku części przedmiotów z nauczania indywidualnego, zostaną zamknięte w domach.

Dlaczego nowe przepisy działają na szkodę dzieci i rozmontowują dość sprawnie działający system? – Realizowanie nauczania indywidualnego w domu bywa zasadne np. u dzieci czasowo unieruchomionych po urazach. Jednak w wielu wypadkach takie nauczanie ze względów terapeutycznych po prostu musi się odbywać w szkole. Dzieci ze spektrum autyzmu czy ze stałymi niepełnosprawnościami fizycznymi muszą mieć kontakty społeczne – mówi dyrektorka jednej ze szkół, prosząc o anonimowość. – Do tej pory możliwy był wybór w zależności od potrzeb dziecka. Teraz dzieci, które chodziły na część zajęć z klasą, stracą kontakt z rówieśnikami. To katastrofa dla nich i utrudnienie dla nauczycieli. Do tej pory łączyliśmy plan nauczyciela z planem dziecka. Wszystko działo się w trakcie lekcji. Teraz nauczyciele będą dojeżdżać do dzieci po lekcjach na własny koszt. Wydłuży się czas ich pracy, a dostaną zapłatę tylko za ponadwymiarową godzinę lekcyjną.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej