Rano do drzwi mojego mieszkania zapukali funkcjonariusze służby bezpieczeństwa. Założyli mi kajdanki i zawieźli do komendy, a następnie na lotnisko, gdzie wsadzili mnie do samolotu odlatującego do Warszawy. Działo się to w lipcu 1981 r. w Budapeszcie.

Zostałem deportowany za tzw. działalność antypaństwową, czyli za utrzymywanie kontaktów z ludźmi ze środowiska opozycji demokratycznej. Studiowałem na Uniwersytecie im. Loránda Eötvösa, a w wolnym czasie chodziłem na wykłady Uniwersytetu Latającego i brałem udział w przygotowywaniu kolonii dla dzieci z Polski. Węgierscy opozycjoniści zrobili zrzutkę i zorganizowali te wakacje, by zademonstrować poparcie dla działającej wówczas w Polsce legalnie „Solidarności” (stan wojenny miał nadejść dopiero pół roku później).

Władzom Węgier bardzo się ta moja działalność nie spodobała, więc postanowiły wyrzucić mnie z kraju w trybie ekspresowym. W tamtej epoce i w tamtym systemie takie traktowanie obywatela przez rządzących było na porządku dziennym. Rządząca partia uznawała, że utrzymywanie kontaktów z jej politycznymi przeciwnikami jest przestępstwem, więc obywatele innych państw, którzy mieli tę „zbrodnię” na sumieniu, byli natychmiast wydalani.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej