Jeszcze dwa lata wcześniej bito się o Lwów – miasto święte dla obu narodów. Ukraińcy przegrali, choć dla wielu z nich było oczywiste, że Lwów to nie tylko sprawa honoru, ale bez tego ośrodka więcej niż trudna będzie budowa niepodległego państwa, którego tak wyglądali po I wojnie światowej.

Co prawda zimą 1919 r. próbowano zawrzeć jakieś polsko-ukraińskie porozumienie, wspierane przekonaniem marszałka Józefa Piłsudskiego i atamana Semena Petlury, że bolszewicką Rosję należy trzymać jak najdalej od Europy, ale nic z niego nie wyszło – zamiast sojuszu wybuchły krwawe walki.

Dopiero w kwietniu 1920 r. Piłsudski dogadał się z Petlurą. Możemy powiedzieć – na szczęście, bo trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałaby wojna polsko-bolszewicka bez 30 tys. ukraińskich Strzelców Siczowych. A tak dzięki polsko-ukraińskiemu sojuszowi gen. Mychajło Omelianowicz Pawlenko udatnie osłaniał Lwów, a płk Marko Bezruczko bronił Zamościa, a potem walczył w wielkiej bitwie kawaleryjskiej pod Komarowem. Również dzięki ukraińskim żołnierzom z armii ukraińskiej Republiki Ludowej dokonał się Cud nad Wisłą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej