Dzięki stereotypom wiemy wszystko o wszystkich z góry. Słyszymy o uchodźcy i wiemy, że to śniady muzułmanin o zapędach terrorystycznych. Widzimy Cygana i trzymamy się za portfel. Widzimy blondynkę i nie mamy wątpliwości, że głupia. Polityk to cwaniak, kłamca i bogacz, a gdy zdarzy nam się spotkać muskularnego mężczyznę o mało rozgarniętej twarzy, wiemy, że to kibol, który właśnie skończył pielgrzymkę i leci na „żyletę” (lub odwrotnie).

Czasem stereotypy rozpadają się nie tyle w zetknięciu z rzeczywistością (którą nader często warunkują), ile dzięki wiedzy, edukacji, nabytym postawom tolerancji lub spontanicznej ciekawości.

Jeden z moich rozpadł się pod wpływem prostego doświadczenia. Był to stereotyp harcerza, a doświadczeniem – wielki harcerski zlot.

W dzieciństwie postanowiłam zostać zuchem, ale już po kilku miesiącach nie mogłam znieść wojskowego drylu, zbiórek, ustawiania się w szeregu, wysłuchiwania krzyku komend i sztywnego, paramilitarnego stroju.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej