Sądząc po (już usuniętym z sieci) zwiastunie, nie bawi się przy tym w przesadne subtelności. Jeśli głównym przesłaniem filmu ma być to, że polski kler interesuje wyłącznie kasa, siedem grzechów głównych (pycha, chciwość, nieczystość, łakomstwo, zazdrość, gniew, lenistwo) księża znają równie intymnie i z własnego doświadczenia jak co bardziej ponętne parafianki, a wódka w zakrystii leje się częściej niż na weselu córki Wojnara, to widz przyswaja je sobie tak pod koniec pierwszej minuty.

Być może do zwiastuna wybrano najmocniejsze fragmenty. Bo szkoda by było, żeby z tak ważnego tematu jak rola Kościoła katolickiego w Polsce i to, co naprawdę dzieje się za świątobliwą fasadą tej potężnej instytucji, powstał bardziej „Botoks 2: Pod sutanną” niż „Dom naprawdę zły”.

Ale i tak bardzo dobrze, że „Kler” trafia do kin. Wpisuje się w przemiany kulturowe (OK, nazwijmy rzecz po imieniu: wojnę kulturową), które większość społeczeństw Zachodu przeszła na przełomie lat 60. i 70., Hiszpania po upadku reżimu Franco, a Irlandia po pedofilskich skandalach w tamtejszym Kościele. U nas trwają one tak naprawdę od początku rządów PiS, bo bunt przeciwko biskupom wtrącającym się w każdą sferę życia, w tym zwłaszcza w te najbardziej intymne, został u nas odłożony w czasie przez tzw. piękną kartę Kościoła w czasie komunizmu, od której przez ćwierć wieku Episkopat odcinał potężne kupony w postaci ustawy antyaborcyjnej, komisji majątkowej, religii w szkołach, krzyża w każdej instytucji publicznej i kropidła przy otwieraniu każdej drogi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej