Radosna to sprawa. Tysiące ludzi maszeruje, by oddać hołd kobiecie; niby nadzwyczajnej, ale jednak swojskiej; biednej, troskliwej, empatycznej, z synem, który miał ważniejsze rzeczy na głowie, niż zajmowanie się matką.

W Polsce kilkanaście razy do roku czci się kobietę (pielgrzymki policjantów, pracowników ZUS, polityków, kiboli i innych), nie licząc 8 marca. Kilkanaście razy do roku kobieta, dzięki Maryi, staje na postumencie. Jako matka, jako królowa, jako symbol. Cześć dla Maryi wyrażana przez różne środowiska ma być świadectwem wiary, ale też – jak rozumiem – rodzajem symbolicznej rekompensaty za fatalne położenie kobiet.

Bo w Polsce znajdują się one w znacząco gorszym położeniu niż mężczyźni. Są ofiarami przemocy, mają mniej życiowych możliwości i szans na samorealizację niż mężczyźni, za to więcej obowiązków, które nie cieszą się ani gratyfikacją, ani prestiżem (praca domowa). Mają też niewielki udział we władzy i procesach podejmowania decyzji (chyba że jako służebnice patriarchatu), a ostatnio politycy i Kościół chcą je obedrzeć z podstawowych praw do wolności, autonomii i odpowiedzialności w kwestiach własnego ciała i rodzicielstwa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej