Usprawiedliwiając swoje poczynania, władza wprowadza do języka nowe określenia. Był „premier techniczny”, bo trzeba było znaleźć jakąś polityczną formułę na twór nieprzewidziany w konstytucji i niemieszczący się w tradycji.

Teraz pojawia się „myślenie techniczne” – termin nieznany w psychologii, ale właśnie wkraczający do politycznego słownika, który pojawił się, by usprawiedliwić decyzję PiS o odrzuceniu pomysłu prezydenckiego referendum. Senatorowie posłużyli się – ogłosiła rzeczniczka partii – „myśleniem technicznym”. To wygibas językowy pozwalający wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

Zrozumienie, czym jest myślenie techniczne, to łatwizna, gdy patrzy się na państwo PiS.Na przykład Sejm – twór wyłącznie techniczny, służący do mechanicznego przyklepywania dyrektyw z Nowogrodzkiej.

Atrapa parlamentaryzmu, w której karze się za dyskusję, a nagradza bezrefleksyjność. „Myślenie techniczne” od dawna towarzyszy też rządowej propagandzie. Historia strzałek i pasków toż to przecież rozwinięcie technicznych umiejętności propagandzistów. Sposób uchwalania ustaw w Sejmie – jakiż to wspaniały przykład technicznego myślenia. 30 sekund na wypowiedź i już przepisiki przechodzą. Przecież legislacyjna praca w Sejmie to według władzy nie debata, ale mechaniczne – bezmyślne i bezrefleksyjne – podnoszenie rąk.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej