Tzw. Trybunał Konstytucyjny przyzwyczaił nas już do tego, że w sporach między wszechwładzą PiS a prawami obywateli, kompetencjami sądów a treściami konstytucyjnymi zawsze staje po stronie PiS i – odwracając tradycyjne rozumienie roli sądu konstytucyjnego, będącego obrońcą konstytucyjnych treści przed zakusami polityków – broni antykonstytucyjnej rewolucji PiS. Nigdy jednak nie uczynił tego tak ostentacyjnie jak w rozstrzygnięciu z 17 lipca. Trybunał znów okazał się wiernym sprzymierzeńcem partii.

To wyrok pozbawiony legitymacji, bo choć w tym składzie akurat nie uczestniczyli dublerzy, to wszystkie składy wyznaczane są przez nieprawidłowo wybraną na funkcję prezesa TK mgr Przyłębską, więc żaden to wyrok i nie ma żadnej mocy konstytucyjnej. Ma jednak aspekt polityczny i prawny.

Aspekt polityczny jest łatwy do objaśnienia: w dniach, gdy rozstrzyga się nierówna walka między konstytucyjnymi umocowaniami sędziów Sądu Najwyższego a pozbawioną skrupułów władzą wykonawczą, Trybunał Konstytucyjny oznajmił, że Sąd Najwyższy jest niczym, a władza wykonawcza – wszystkim.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej