Oto odbyło się spotkanie "na szczycie" przywódców dwóch politycznych potęg. By je analizować, najlepiej zdać się na umiejętności pracowników portalu internetowego Pudelek lub Frondy (ten pierwszy jest bardziej uduchowiony, ten drugi za to zajmuje się sensacjami nie tylko z tego świata).

O głównych aktorach helsińskiego spotkania można powiedzieć, że jeden (Putin) był opanowany i tajemniczy, a drugi (Trump) podniecony i nieobliczalny, jak zawsze. Jeden uwielbia prowadzić ciężarówki, drugi grać w golfa. Niestety, na tym nie poprzestają. Treść rozmowy obu panów nie była ważna, choć wiadomo, że jak jeden jest histerykiem, a drugi opanowanym graczem, to racja jest po stronie tego drugiego.

Znacznie bardziej intrygująca była kwestia liczby i charakteru zabiegów plastycznych, które przebył przywódca Rosji, oraz poziom i natura szaleństwa, które toczy duszę i ciało przywódcy Stanów Zjednoczonych. Uwagę z jednej strony przyciągała więc niepokojąco gładka, by nie powiedzieć nalana twarz Putina, bez żadnej zmarszczki i mimiki, po wielekroć modelowana i poprawiana, tak, by wódz narodu rosyjskiego wyglądał na wiecznie młodego, a potem na wiecznie żywego (taka tradycja od czasów Lenina); z drugiej strony: zapuszczony podbródek i dziwaczne owłosienie u wiecznie rozedrganego, czerwonolicego przywódcy Stanów Zjednoczonych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej