– Czym będzie się zajmował Donald Trump? – takie pytanie dwa lata temu zadał ludziom ze sztabu obecnego prezydenta jeden z republikańskich polityków, któremu proponowano urząd wiceprezydenta. Wcześniej dowiedział się bowiem, że jako druga osoba w państwie będzie aktywnie kształtował politykę krajową i zagraniczną.

– Trump będzie czynił Amerykę na powrót wielką – padła odpowiedź.

Drugą osobą w państwie został ostatecznie Mike Pence, stonowany, nieco bezbarwny były gubernator Indiany. Nie kształtuje polityki Trumpa, ale przez pierwszy rok jego rządów próbował zacierać złe wrażenie, jakie robił jego przełożony. To Pence w lutym 2017 r. na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium próbował uspokajać członków NATO, że Ameryka mimo zapowiedzi Trumpa nie wycofuje się z Sojuszu. Gdy dwa miesiące później podczas wizyty w Brukseli Trump słowem nie potwierdził sojuszniczych zobowiązań, zrobił to za niego Pence. Również teraz, po spektakularnej porażce Trumpa na szczycie z Władimirem Putinem w Helsinkach, Pence wychwalał szefa jako suwerennego przywódcę wolnego świata. Ale tym razem to za mało, bo stwierdzenie Trumpa, że w sprawie domniemanego mieszania się Rosji w amerykańskie wybory bardziej wierzy Putinowi niż FBI, jest czymś niewiarygodnym.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej