Tego samego dnia w Brukseli prezydent Trump zrugał na szczycie NATO kanclerz Merkel, zarzucając jej, że Niemcy są „całkowicie kontrolowane” przez Rosję.

W czwartek na Kremlu po Netanjahu gościł specjalny wysłannik Iranu Ali Akbar Velajati z listem od ajatollaha Chamenei, w którym obiecywał złote góry, jeśli tylko Putin odmówi izraelskiej prośbie. Obaj panowie mieli zapewne niezłą frajdę, gdy czytali oświadczenie wpływowego amerykańskiego senatora i byłego republikańskiego kandydata do prezydentury Lindseya Grahama, w którym wzywał Jerozolimę, by nie dogadywała się z Moskwą kosztem Waszyngtonu. Jako że ograniczenie wpływów irańskich jest jak najbardziej w amerykańskim interesie, senator musiał mieć na myśli dodatkowe obietnice, jakie Netanjahu mógł był złożyć lokatorowi Kremla.

Poparcie dla wycofania sił USA z Syrii? Dla zniesienia sankcji nałożonych na Rosję? Dla uznania aneksji Krymu? Ale przecież prezydent Trump bez niczyjej namowy wyraził zainteresowanie takimi posunięciami – Graham powinien był kierować swoje słowa do Białego Domu, nie do Jerozolimy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej