Twardy elektorat to dla każdej partii skarb – żelazny kapitał polityczny pozwalający przetrwać okresy wyborczej dekoniunktury. Skarb ten jednak, niczym złoto Nibelungów w dramatach muzycznych Wagnera, bywa „przeklęty” – twardy elektorat często blokuje partiom pole manewru i utrudnia grę o polityczne centrum.

To twardemu elektoratowi niejednokrotnie najtrudniej jest wytłumaczyć tyleż konieczne, co nieortodoksyjne posunięcia.

Boleśnie przekonała się o tym Platforma Obywatelska, gdy reformowała OFE: zmiana korzystna z punktu widzenia finansów publicznych okazała się niemożliwa do wytłumaczenia przywiązanym do ideologicznych założeń lat 90. – „prywatne zawsze jest lepsze niż publiczne” – najwierniejszym wyborcom partii Donalda Tuska.

Problem z twardym elektoratem jest tym większy, im dalej od centrum sytuuje się walcząca o niego partia. Widać to doskonale na przykładzie PiS, którego relacja z grupami najbardziej tożsamościowych wyborców przypomina serial o małżeństwie, które na przemian się kłóci, przeżywa ciche dni, niemal rozstaje, by po chwili znów wejść w kolejny miesiąc miodowy.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej