Była taka chwila, w lipcu 2016 roku, w szczytowym momencie kryzysu wywołanego greckim zadłużeniem, kiedy wielu ateńczyków kładło się spać, oczekując, że obudzą się w innym kraju.

Pewien grecki naukowiec powiedział mi wtedy, że obawia się wyjścia Grecji ze strefy euro z dnia na dzień. Że rano nie będzie żadnych pieniędzy w bankach, zabraknie żywności, a potem wybuchną rozruchy. Mówił: „Grecja jest krajem klasy średniej. Sądzę, że nie poradzilibyśmy sobie z takim szokiem”. Kilku innych powiedziało mi, że naprawdę oczekiwali pojawienia się dyktatury w stylu wenezuelskim, być może z czołgami na ulicach.

Te obawy nie były wydumane. Grecją rządziła wówczas – podobnie jak obecnie – dziwna koalicja skrajnie prawicowych i skrajnie lewicowych populistów. W chwili kiedy ją utworzono, wydawała się równie dziwaczna i równie rażąca jak dziś nowy, skrajnie prawicowy i zarazem skrajnie lewicowy rząd Włoch.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej