Nie raduję się przegraną Polaków na mundialu, ale widzę dobre strony tej porażki. Przede wszystkim cieszę się, że nie będę świadkiem politycznej ekscytacji, którą zapewne przygotowała partia rządząca, by sukcesy piłkarzy powiązać z „dobrą zmianą”. Sukcesy sportowe mają przełożenie na wsparcie dla rządzących niezależnie od tego, że między kopaniem piłki a ekonomią czy demokracją nie ma wyraźnych związków.

Zostanie mi oszczędzony widok podnieconego meczami prezydenta, a Andrzej Duda w roli kibica sportowych seansów jest znacznie gorszy niż w roli ludowego pożeracza kiełbasy.

Jestem zadowolona, że nie będę musiała go oglądać, a jednocześnie ciekawa, jak pustkę po mundialu zorganizują pijarowcy PiS. Idzie sezon ogórkowy i bez meczów trudno będzie o ludową aktywność; chyba że Duda i Brudziński pojadą kupować lody na plażę.

Cieszę się też ogromnie, że opadnie niezdrowa ekscytacja piłkarzami, którzy od jakiegoś czasu mniej grali na boisku, a więcej i do znudzenia grali narodowe bożyszcza, reklamując przy okazji parówki, szampon na łupież i żyletki, co doprawdy reprezentantom narodu nie przystoi, zwłaszcza w setną rocznicę jego wyzwolenia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej