Z „niepodległością” jest gorzej niż z mundialem. Hałaśliwa, absorbująca, piłkarska impreza skończy się za miesiąc, a kultywowanie Święta Niepodległości zajmie nam cały rok.

„Niepodległość” to słowo retorycznie podniosłe, ale historycznie oklapłe. Jego moc w czasach państwowej suwerenności polega głównie na odtwarzaniu kiczowatych obrazków, romantyczno-mesjanistycznych postaw, płaskiej tradycji, wiary w cuda i wojskowych pieśni.

„Niepodległość” ożywia i nieustannie idealizuje typ mitycznego przywódcy, który robi nam dobrze (na białym koniu), przykrywając tym samym prawdę o autorytarnej i dość chaotycznej władzy, która organizowała początki państwowości.

Świętując sto lat niepodległości, nie mówi się w ogóle o tym, że nie wszystkich wyzwoliła ze stanu podległości, bo na przykład kobiety – mimo iż wywalczyły sobie prawa wyborcze – do niepodległości osobistej miały bardzo daleko, wciąż zresztą mają.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej