Gdzieś w Polsce północnej wokół długiego dziedzińca stoją zaniedbane, żółtobrązowe budynki. Na pobliskim piaszczystym terenie rozmieszczono generatory i przenośne toalety. Wewnątrz budynków, na stołach ustawiono laptopy wojskowego typu - takie, które się nie uszkodzą, gdy się je upuści. Ich przewody kłębią się na podłodze.

Mężczyźni z różnych krajów, niektórzy w polowych mundurach kamuflażowych, cicho ze sobą rozmawiają. Na ścianie wyświetlono dużą mapę wybrzeża Morza Bałtyckiego, z rozmaitymi kolorowymi zaznaczeniami.

To, moi drodzy czytelnicy, jest Sojusz Atlantycki. Nie Sojusz Atlantycki w teorii - ten, o którym ludzie akurat teraz dyskutują z taką troską od Waszyngtonu do Tallinna i Montrealu. To jest Sojusz Atlantycki w praktyce.

To tymczasowa kwatera główna Śladu Trojańskiego, największych w ostatnim okresie ćwiczeń sił specjalnych NATO, operacji, w której uczestniczy ponad dwa tysiące żołnierzy sił specjalnych i konwencjonalnych z kilkunastu krajów, w tym Niemiec, Wielkiej Brytanii, Kanady, Belgii i Szwecji. Z zewnątrz nie sprawia to większego wrażenia. I w części o to chodzi; ćwiczenia przygotowano w dyskrecji, w pobliżu nijakiej polskiej wsi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej