Autorzy są doktorami socjologii, pracownikami Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji na Wydziale Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego.

Znany krytyk literacki powtarza w rozmowach, że z jego perspektywy uniwersytet to głównie płatnik ZUS. To przekonanie charakterystyczne dla niektórych akademików, przez których uniwersytet jest postrzegany jako rodzaj trampoliny dla innych aktywności. Ta postawa wcale nie jest wyjątkowa i jest dla niej wytłumaczenie: pensje akademickie są niesatysfakcjonujące, a dla początkujących badaczy praca na uczelni ma prekaryjny charakter.

Dla wielu uczelnia jest podstawowym miejscem pracy i głównym źródłem utrzymania.

Część z powodzeniem stara się o granty, które nie mogą być jednak traktowane jako uzupełnienie niskich pensji. Praca na uczelni jest źródłem prestiżu i statusu, które można dyskontować w innych miejscach. Taka sytuacja nie służy jednak rzetelnej aktywności na rzecz nauki.

Wiele złożyło się na ten stan rzeczy. Niedoinwestowanie szkolnictwa wyższego i niskie wynagrodzenia zmuszały do niedawna jego pracowników do szukania możliwości dorobienia. W czasach wysokiego popytu na dydaktykę ze strony uczelni prywatnych pracownicy mogli dorabiać pracą w kilku szkołach wyższych.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej