Kiedy populiści byli poprzednio w tak zmasowanym natarciu, Europa ani Ameryka nie chciały umierać za Gdańsk. Ani za czeskie Sudety, ani nawet za Pragę. Psychologicznie to się da zrozumieć, bo za pierwszym razem łatwiej było nie dostrzec, że unikając starcia, które można wygrać, wybiera się starcie, które można przegrać. I mało brakowało. Cena ostatecznego zwycięstwa była niebotyczna.

Po 80 latach Europa znów jest niepokojąco blisko fatalnego wyboru. Kolejne kraje ześlizgują się w autorytaryzm, a Bruksela robi kwaśne miny, ale kropla po kropli łyka zatrute pseudodemokratyczne, populistyczno-autorytarne bajki. Bo tak jest wygodniej. Zawsze zbliżają się jakieś wybory w jakimś państwie członkowskim, każdy ma swoje kłopoty i jest masa wyzwań, na które trzeba odpowiedzieć.

Pretekstów do bezczynności Komisji Europejskiej jest bezlik. Kraje takie jak Polska od lat same ich dostarczają. Nasz akces do Europy zawsze był warunkowy, także przed PiS polskie rządy strzegły „polskiej wyjątkowości”, korzystając z różnych wyłomów. Od agresji na Irak i więzień CIA, przez protokół brytyjski, Karty Praw Podstawowych i unikanie euro, aż po kryzys uchodźczy. W każdej trudnej sprawie wybieraliśmy antyunijną drogę, więc zapracowaliśmy na opinię „odmieńców” Wspólnoty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej