Jak pisać, gdy brakuje słów. Odczekałem, bo gniew nie służy frazie.

W poniedziałek pojechałem do Gdańska na grób Arkadiusza Rybickiego, dla przyjaciół Arama. Srebrzysko to cmentarz założony w czasach Wolnego Miasta Gdańska, główna aleja wiedzie zalesioną doliną pośród morenowych wzgórz. Tam wśród klonów, grabów i brzóz osiem lat temu spoczął Aram, jedna z 96 ofiar lotniczej katastrofy. Pod granitowym blokiem, ciężkim jak rozpacz najbliższych, rodzeństwa, przyjaciół z Ruchu Młodej Polski i całej gdańskiej opozycji.

W ciszy szeptaliśmy wtedy w myślach: żegnaj, Aramie, dzięki, że byłeś, dzięki za Twoją odwagę w czasach próby, za bibułę, za „Bratniaka”, za koła samokształceniowe, za nocne rozmowy, za Sierpień ’80, strajki i tablice z 21 postulatami, które wypisałeś na traserskiej sklejce, a które dziś są na liście światowego dziedzictwa UNESCO, za siłę w internacie, za pracę z Lechem i dla Lecha, za pracę na rzecz dzieci z autyzmem, za wrażliwość, prawość, za przyjaźń...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej