Nie wiem, co z tego wyniknie, ale mam silne poczucie, że przywiązujemy do tego zdecydowanie za dużą wagę.

Zachód jest ważny. Europa jest ważna. Ameryka też, oczywiście, jest ważna. Ale – zacytuję klasykę politycznych mrzonek – Polska jest najważniejsza.

Jeśli Europa nie straciła całkiem demokratycznego instynktu samozachowawczego, to Rada nie może uznać, że Polska spełnia obecnie kryteria „demokratycznych rządów prawa”. Ale stan europejskich instynktów nie jest sprawą pewną. A zresztą, nawet gdyby Rada wystarczającą większością zajęła stanowisko idące gdziekolwiek dalej niż upoważnienie KE do kontynuowania wyjaśnień i rozmów, to co?

Czy można rozsądnie liczyć, że PiS realnie się cofnie pod unijną presją, jeśli przybierze ona bardziej realne formy? Moim zdaniem nie można. Drobne ustępstwa są jeszcze pewnie możliwe. Ale nic więcej. Nie po to robi się rewolucję, łamie konstytucję i zmienia ustrój państwa, żeby potem wszystkich grzecznie przeprosić, obrócić wszystko w żart i wrócić do stanu poprzedniego. Jeśli ktoś z państwa zna taki przypadek, to proszę. Ja nie znam.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej