Prezydent Recep Tayyip Erdogan zaskoczył Turków, gdy tydzień temu ogłosił rozpisanie na 24 czerwca przyspieszonych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. W rozbitej opozycji od razu zapanowała panika. „W takim terminie to się nawet wesela nie da zorganizować” – zauważył jeden z komentatorów. Zagrożona była zwłaszcza nowa Dobra Partia (IP), która odłamała się od popierającej islamskiego autokratę Erdogana ultranacjonalistycznej MHP: jej liderka Meral Aksener jest świecka i bojowo nastawiona.

Turecka ordynacja wyborcza zezwala nowym partiom na start w wyborach po sześciu miesiącach od kongresu założycielskiego. W przypadku IP termin ten upływa 26 czerwca. To właśnie sukces dobrze przyjętej przez wyborców secesji Aksener, która zagroziła sprzymierzeńcowi Erdogana, był bezpośrednią przyczyną decyzji o przyspieszonych wyborach: partia prezydenta (AKP) może nie zdobyć większości, a wtedy kluczowe będą głosy MHP. Wydawało się, że prezydent rozegrał opozycję, zanim ta się w ogóle zorientowała, że rozgrywka się zaczęła.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej