Swołocz, tchórzliwe kanalie i w końcu za Józefem Piłsudskim: jebał was pies – te słowa Piotr Szubarczyk, urzędnik IPN w Gdańsku, skierował do mieszkańców Czarnego, gdy jeden z nich ośmielił się mieć wątpliwości, czy budować na terenie ich gminy pomnik „żołnierzy wyklętych”. Chamstwo, jakie na spotkaniu z mieszkańcami wyszło z Szubarczyka, sprawiło, że jeden z nich zapytał, czy urzędnik IPN dobrze się dziś czuje. Rzeczywiście, lekarz, patrząc na nagranie ze spotkania, może mieć wątpliwości, jednak jakakolwiek by była diagnoza, zaryzykuję odpowiedź: Szubarczyk czuje się dziś świetnie. Ma władzę i wie, że może sobie pozwolić na wszystko, na niekontrolowaną agresję też.

Szkoła w Czarnem dwa lata temu dostała imię Inki, teraz po prostu czas na pomnik, a tu swołocz z Czarnego śmie się przeciwstawiać. Nie wytrzymał. Kazał się przymknąć starszemu od siebie nauczycielowi, szydził, krzyczał, że łże jak pies. I to mnie dziwi, bo ja pamiętam innego Szubarczyka. Nie tak nieprzejednanego jak dziś. Był rok 1986, kończyłem Liceum Ogólnokształcące w Kartuzach, gdzie Piotr Szubarczyk był nauczycielem historii. Nie moim, ale znałem go z rozmów z kolegami czy z korytarza szkoły, nie odbiegał odwagą od innych członków grona pedagogicznego końca PRL.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej