W ósmą rocznicę katastrofy smoleńskiej nie będzie wyjaśniającego wszystko raportu komisji Macierewicza. Znów usłyszymy, że „zbliżamy się do prawdy”. Elektorat smoleński zamiast raportu dostanie pomnik na placu Piłsudskiego w Warszawie. Jego odsłonięcie połączone ma być z ostatnią publiczną miesięcznicą.

Komentatorzy spekulują, że smoleńskie paliwo się wyczerpało, a sprawa katastrofy będzie stopniowo wygaszana w propagandzie partii rządzącej.

Nie można jednak się z tym w pełni zgodzić – nawet jeśli prezes Kaczyński o Smoleńsku będzie mówić mniej, ciszej i rzadziej, to nie zniknie cała specyficzna kultura polityczna, która rozwinęła się wokół katastrofy.

Smoleńsk będzie wracać, bo jest dla prawicy zbyt cenny – nie tylko w wymiarze taktycznym, ale również afektywnym – by go wyrzucić jak zużytą narrację, ponieważ dostarcza bezcennego budulca tożsamości – opowieści o prześladowaniu, wykluczeniu i męczeństwie.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej