Kiedy w czwartek pod nieobecność w kraju Mateusza Morawieckiego na sejmową mównicę wkroczyła była premier Beata Szydło, wydawało się, że z czystej nostalgii zapragnęła sobie pohuczeć tak, jak to z upodobaniem czyniła jeszcze cztery miesiące temu. Tymczasem Szydło przypomniała coś, o czym PiS bardzo pragnie zapomnieć. I o czym z ubolewaniem mówił premier – o sięgających 82 tys. zł premiach dla ministrów, najwyższych w historii III Rzeczypospolitej.

ZOBACZ TAKŻE: "Te pieniądze im się należały". Beata Szydło o premiach dla swoich ministrów.

Beata Szydło („praca, pokora, umiar”) stwierdzeniem, że te wielkie pieniądze jej oraz jej współpracownikom się należały, a atakowanie premii ministrów to „atak na Polskę”, dała popis buty i chciwości. Jednym wystąpieniem zniszczyła linię propagandową rządu zawierającą się w stwierdzeniu: „Wystarczy nie kraść”. Bo i „po co kraść”?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej