Jakaż oryginalna decyzja!

Dzięki niej wiemy, dlaczego tak szybko stajemy się państwem religijnego fundamentalizmu: nie tylko z powodu Kościoła i jego roszczeń do opanowania różnych dziedzin życia publicznego, ale z powodu polityków, którzy wolą rządzić państwem podległym Kościołowi niż świeckim.

Rozumiem jeszcze Ministerstwo Rolnictwa. Rolnicy są katolikami i roztrząsanie ważnych problemów z punktu widzenia nauki katolickiej jest dla nich zapewne ważniejsze niż roztrząsanie ich z punktu widzenia polityki europejskiej. Rozumiem Ministerstwo Dewastacji Środowiska, które zarządza zasobami ludzkimi (w postaci leśników) i naturalnymi zgodnie z biblijnym nauczaniem o braniu Ziemi w posiadanie. Rozumiem Ministerstwo Edukacji, które wciela swoje programy wychowawcze dzięki Kościołowi, przez Kościół i dla Kościoła. Ba! W pełni rozumiem gorliwą religijność prezydenta, który ciągłe klęczy, bo musi przecież pokazać narodowi, jak wygląda pozycja wyjściowa do wstawania z kolan. Ale Ministerstwo Nauki?! I ty, Brutusie?!

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej