Jarosław Kaczyński i jego ekipa traktują instytucje państwa wyłącznie jako element umacniający ich – zwycięzców – władzę polityczną. Partii Kaczyńskiego nie chodzi – wbrew pozorom – o mocne państwo, tylko o mocny PiS i jego państwo.

O czym mówi ten PR-owski gest dymisjonowania 17 wiceministrów? Ano oznacza – skoro premier jednym ruchem się ich pozbywa – że przez dwa lata 17 urzędników państwowych (a słychać o następnych dymisjach) pracowało bez sensu i pożytku za pieniądze podatników. I trwałoby to nadal, gdyby nie „afera” z wysokimi premiami dla ministrów i ich zastępców od poprzedniej szefowej rządu Beaty Szydło. Trzeba było szybko zapanować nad wzburzeniem elektoratu, zażegnać ewentualny spadek w sondażach i coś suwerenowi rzucić na pożarcie.

A nuż się uda

W różnych ruchach prezesa PiS i jego obozu wobec państwa dostrzegam dwie reguły.

Pierwsza – „zróbmy to na próbę, a nuż się uda”. Tak było z nominacją Beaty Szydło na premiera, sam Kaczyński o tym wielokrotnie napomykał. Podobnie wygląda postawienie Mateusza Morawieckiego na czele rządu (prezes go obserwuje, na razie nie mówi, że to premier na próbę). Pierwsze kroki Jacka Czaputowicza, nowego szefa MSZ, Kaczyński szybko skrytykował, nazwał go „eksperymentem”, sugerując, że to nie on miał zostać ministrem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej