Owszem, tak było już za Jana XXIII, który głęboką reformę zainicjował, Jan Paweł II też podpadał czasem konserwie, ale Franciszek idzie nieporównanie dalej. Niektórzy kardynałowie buntują się jawnie. Kościół wre.

O co chodzi? Może w istocie o kwestię teologiczną z najwyższej półki: kim jest właściwie Bóg? Mówili to poprzedni papieże, ale dzisiejszy biskup rzymski mocniej akcentuje ów Boży obraz. Bóg jest miłosierny absolutnie, a Kościół powinien raczej leczyć ludzkie rany, niż moralizować. A jeżeli już, to nie bez ustanku na temat życia seksualnego – podobną monotematyczność nazywa Franciszek neurotyczną obsesją. Stąd też bierze się, nie tylko z ewangelicznej miłosierności, jego otwartość wobec „rozwodników” w słynnej już adhortacji „Amoris laetitia”.

Papież zmienia doktrynę? Zależy, co się przez to słowo rozumie, w każdym razie gdzie indziej powiada, że nie można jej trzymać w naftalinie, a jego główny doradca kardynał Kasper tłumaczy, że doktryna jest jak rzeka. Słyszy się też w Watykanie, że trzeba Kościół zdecentralizować i także przyznać episkopatom krajowym jakiś autorytet doktrynalny. Komentatorzy z prawa kraczą, że wyniknie z tego sytuacja, w której „rozwodnik” z jednego kraju będzie mógł przystąpić do komunii, z innego – nie. Pewnie tak będzie i Franciszek to dopuszcza, tyle że powstaje fundamentalne pytanie, czy Kościół musi być na jedno kopyto.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej