Ustawa o IPN nie musiała zostać przyjęta w takiej formie. Po przegłosowaniu jej przez Sejm i protestach ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych politycy PiS tłumaczyli, że możliwe są jeszcze zmiany w Senacie, a ostateczną decyzję podejmie prezydent.

Jednak niespodziewanie to sam prezes Jarosław Kaczyński podjął decyzję, by ustawę przegłosować bez zmian. Takie rozwiązanie suflowali mu partyjni doradcy, argumentując, że Izrael potrzebuje Polski w Unii Europejskiej i dlatego szybko wyciszy emocje, natomiast dla USA priorytetem są kontrakty zbrojeniowe.

Problem Kaczyńskiego polega na tym, że jego doradcy wygłaszali swoje opinie nie w intencji wypracowania jak najlepszych decyzji, ale po to, by zdobyć względy lidera. Doradzali więc tak, aby wczuć się w emocje prezesa, który jest odcięty od źródeł informacji i jakichkolwiek krytycznych punktów widzenia. A ponieważ prezes przede wszystkim wsłuchuje się w opinie radykalne, tym razem wśród radykałów znalazł się premier Mateusz Morawiecki, który chciał umocnić swoją władzę przez stanięcie na czele „walki o prawdę historyczną”. To on stał się głównym zwolennikiem twardego kursu w kontekście ustawy o IPN.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej