Nie słyszałem też o masowych zwolnieniach w handlu. Przeciwnie. Biedronka zapowiedziała zatrudnienie dodatkowych pięciu tysięcy osób. Na moje oko inni zrobią podobnie. Bo w krótszym czasie będą musieli sprzedać mniej więcej tyle samo. Niewielu z nas zrezygnuje przecież z bułek, mydła, a nawet telewizora, tylko dlatego, że nie możemy ich kupić w niedzielę.

Chwilowo nie sprawdziły się żadne katastroficzne prognozy malowane w związku z wprowadzeniem niehandlowych niedziel. I nie widać znaków, by miały się sprawdzić. Wygląda więc na to, że liczni malujący mroczne perspektywy eksperci od gospodarki poważnie się mylili albo celowo wprowadzali nas w błąd. I że niesłusznie ulegli im politycy, redaktorzy, autorzy. Wielu zjadaczy chleba czuje teraz zapewne, że dali się wkręcić bez sensu.

Jasne, po pierwszej niedzieli nic nie jest jeszcze pewne. Ale jest bardzo prawdopodobne, że co do skutków zmiany to władza miała rację, a nie jej krytycy. Kiedy rządzi PiS, nie jest to częsty przypadek. Lecz wart jest uwagi. Bo może się okazać politycznie istotny, gdy uruchomi mechanizm pastuszka, który tyle razy straszył przed wilkami, że nikt nie przybiegł na pomoc, gdy przyszły.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej