Po monachijskiej wypowiedzi premiera Morawieckiego Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich stwierdził, że „oznaczają [one] przekroczenie granicy, za którą jest już tylko obłęd”. Niewiele, niestety, wskazuje na to, by władze polskie chciały się z tego obłędu wycofać – i zapewne wersja historii, w której byli „żydowscy, ukraińscy i rosyjscy sprawcy [Zagłady], nie tylko niemieccy”, stanie się w Polsce oficjalnie obowiązująca, a minister Zalewska nareszcie się z niej dowie, kto mordował w Jedwabnem, i poleci, by tak odtąd uczyć dzieci w szkole.

Ze spisu sprawców wypadną polscy sprawcy, których wprawdzie premier wymienił, ale wspominanie o nich bezpośrednio podpada pod ustawę o IPN. Co prawda marszałek Senatu i wiceminister spraw zagranicznych polecili, żeby na razie jej nie stosować – ale może przecież tak się zdarzyć, że dyrektor kanalizacji w Pabianicach oraz komendant straży pożarnej w Pcimiu zechcą, żeby, przeciwnie, stosować, i to z datą wsteczną, i wtedy premier jak nic pójdzie siedzieć.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej