Nie mogło być inaczej. Władysław Frasyniuk wypowiedział tej władzy obywatelskie nieposłuszeństwo. Sam jeden, jak Henry David Thoreau - świadomy konsekwencji i gotowy ponieść karę, nie uznaje władzy, która narusza prawa obywateli i łamie konstytucję.

Jak pisał w swym oświadczeniu z 12 stycznia 2018 r., „obecna sytuacja w Polsce, pamięć historyczna z czasów komunizmu oraz osobiste doświadczenia z czasów 'Solidarności' i dramatycznego dla naszego państwa stanu wojennego są powodem, dla którego nie stawię się na wezwanie władzy stawiającej się ponad prawem”.

To akt indywidualnej odwagi, ale Władek właśnie dlatego stał się w stanie wojennym naszym bohaterem, że był odważny, że nie pękał przed ZOMO, ubecją i reżimem.

Po dwóch godzinach Frasyniuka wypuścili. Nie chcą mieć męczennika. Nie chcą wskazywać naturalnego lidera opozycji. Boją się.

Frasyniuk, choć wielokrotnie namawiany, by stanął dziś na czele obozu demokratycznego, opierał się. Trudno się dziwić. Swoje już odsiedział, zapłacił za to wysoką cenę - życiem osobistym i rodzinnym. Zapisał już piękną historyczną kartę. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ile można? Mówi, że to nie jego czas, że czas na młodych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej