Trzeba dowalić – im mocniej, tym lepiej. Od razu człowiek czuje się lepszy i wywyższony. Politycy poczuli krew, ale katalog odpowiednio mocnych wyrażeń powoli zaczyna się kurczyć. Co dalej? Czy właśnie dochodzimy do etapu, gdy knajacki język spod budki z piwem stanie się normą w publicznej debacie?

Kiedyś autorytetami byli ludzie światli i kulturalni. Pięknie mówiący po polsku. Mogliśmy się od nich uczyć. Dziś to bezpowrotnie minęło, a hasłem przewodnim jest atak na elity. A jak się atakuje elity, to trzeba odrzucić wszystko, co sobą reprezentują. Także wiedzę i normy zachowania. Poprzeczka wisi coraz niżej, a wytyczna jest prosta: nie dążyć do wielkości, dążyć do niższości, bo dzięki temu uda się zyskać poklask mas, które zakrzykną: o proszę, mówi tak jak my, nie odstaje, nie uważa się za lepszego!

Ryszard Czarnecki po odwołaniu ze stanowiska w Parlamencie Europejskim opowiada – zawsze do bólu pretensjonalnie – o spiskach i atakach na Polskę, choć wypowiedź, za którą został ukarany w rzeczywistości, nie jest niczym innym jak pospolitym chamstwem. W uniesieniu prawi o służeniu ojczyźnie i pewnie uda mu się przekonać część swoich wyborców, że nazywając Różę Thun szmalcownikiem, nie zrobił nic nagannego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej