Tzw. efekt Streisand jest jednym z dziwacznych skutków ubocznych ery internetu. Wziął nazwę od nazwiska piosenkarki i aktorki – starała się zapobiec rozpowszechnieniu zdjęcia swego domu w Malibu w Kalifornii, wskutek czego jedynie znacznie częściej je oglądano – a występuje wtedy, kiedy próba ukrycia czegoś przed publicznym widokiem lub ocenzurowania kończy się całkowitym niepowodzeniem i prowadzi do tego, że to coś staje się dużo bardziej znane.

„Efekt Streisand” występuje teraz na dużą skalę w Polsce, gdzie władza, równie niekompetentna, co złowroga, przyjęła ustawę, zgodnie z którą przestępstwem zagrożonym karą więzienia byłoby użycie określenia „polskie obozy śmierci” i innych, które wskazywałyby, że naród polski ponosi odpowiedzialność za Auschwitz i za inne obozy zbudowane w Polsce przez hitlerowców.

Ogólnonarodowa wrogość wobec tego określenia istnieje od lat i jest ze zrozumiałych względów powszechnie podzielana przez wszystkie partie. W obozach tych zginęły miliony polskich obywateli, nie tylko Żydzi. Byli wśród nich profesorowie uniwersytetów i księża katoliccy; obie te grupy hitlerowcy z całą świadomością przeznaczyli do wymordowania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej