Muzeum Józefa i Wiktorii Ulmów upamiętnia dzielnych i szlachetnych ludzi, którzy wraz z szóstką dzieci zostali rozstrzelani razem z ośmiorgiem ukrywanych Żydów. Ma Polakom, ale przede wszystkim całemu światu pokazać, że ratowaliśmy Żydów w czasie II wojny światowej. Ma również uświadamiać, że w Polsce za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci nie tylko „sprawcy”, ale całej jego rodzinie.

Jest jednak i druga strona medalu. Rodzinę Ulmów wydał granatowy policjant Władek Leś, który wcześniej sam ukrywał Żydów, ale ich przy okazji okradł. Leś był Polakiem, choć długo usiłowano robić z niego Ukraińca. Morderczą ekspedycją dowodził niemiecki żandarm Eilert Dieken z Łańcuta, ale w jej skład wchodziło łącznie trzech Niemców, jeden czeski volksdeutsch oraz czterech granatowych policjantów – Polaków. Granatowi najpierw uczestniczyli w makabrycznej zbrodni, podczas której ciężarna Wiktoria zaczęła rodzić, a następnie w popijawie zorganizowanej w domu zamordowanych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej