Już na lotnisku w Soczi witały banery reklamujące konferencję pokojową: dwie męskie dłonie złączone w uścisku wysuwały się z rękawów eleganckich zapewne marynarek. Na rękawach obu widniała flaga: czerwono-biało-czarna z dwiema zielonymi gwiazdami. To flaga reżimu Asada – walczący z nim powstańcy używają poprzedniej flagi Syrii, zielono-biało-czarnej z trzema czerwonymi gwiazdami.

Na ten widok ci nieliczni przedstawiciele powstańców, którzy zdecydowali się uczestniczyć w środowych rozmowach o przyszłości Syrii, postanowili nie opuszczać nawet lotniska i najbliższym lotem powrócić do Turcji.

Spędzili noc w nieogrzewanej poczekalni, z której wyniesiono nawet krzesła, bo Moskwa nie wybacza wzgardzenia jej gościnnością. Tym bardziej że gościnność ta nie jest dla wszystkich: nie zaproszono prawdziwych i rzekomych terrorystów, którym Moskwa zrzuca bomby, nie zaproszenia. Nie zaproszono Kurdów ukaranych za to, że woleli zaufać Waszyngtonowi w nadziei – płonnej, jak się wydaje – że ich nie zdradzi Turkom jak Rosja.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej