Gdyby nie immunitet, senator Kogut pewnie spędzałby dni i noce w celi. A tak spokojnie pełni obowiązki, mimo że prokuratura stawia mu poważne zarzuty korupcyjne.

Ale immunitet nic by nie pomógł, gdyby senatorowie nie odrzucili wniosku o zgodę na aresztowanie. Co zrobili – uwaga – wbrew instrukcjom Kaczyńskiego.

Władze PiS wpadły w szał. Tym większy, że z aż dwóch powodów.

Po pierwsze, ta niby drobna niesubordynacja mogła nasunąć wyborcom pytanie: czy prezes aby na pewno panuje nad własną partią? Czy przestał być alfą i omegą?

Po drugie, niektórzy wyborcy mogli zwątpić w krystaliczną moralność członków PiS. Pomyśleć: Ach!, mieli mieć wyższe, najwyższe standardy, a okazali się politykami jak wszyscy inni. Zdarza im się błądzić, zdarza grzeszyć, chociaż podobno grzeszyli tylko „tamci”. I też jak „tamci” na koniec zawsze obronią swoich...

A PiS nie może pozwolić nawet na moment zwątpienia w czystość „dobrej zmiany”. Przecież poparcie buduje właśnie na wzmożonej fali odnowy moralnej. Na czystych kadrach nieskazitelnych ludzi, którym nie w głowie żadne zaszczyty, ale wyłącznie służba POLSCE. Koniecznie pisanej kapitalikami, bo nic tak nie wzmaga wzmożenia jak wielkie kwantyfikatory. A tymczasem ledwie ludzie zapomnieli o generałach salutujących rzecznikowi Misiewiczowi, kiedy wyskoczył senator Kogut z deweloperem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej