Nasz rząd nie przyjmie syryjskich dzieci, bo obawia się terroryzmu. Kilka osób (nawet jeden ksiądz) bardzo się oburzyło z tego powodu. Trochę osób oburzyło się też z powodu wykrycia przez „Superwizjer” polskich faszystów. Do tej pory wykrywano jedynie tych, którzy „prawdziwych patriotów” o faszyzm niesłusznie oskarżali.

Dziwi mnie to oburzenie. PiS nie może przecież przyjmować syryjskich dzieci, bo cała władza tej partii opiera się na mitycznej figurze wroga, przed którym nas broni. Wróg jest tak przebiegły, że terrorystów ukrywa nawet w pieluszkach.

Nasza władza o tym wie, jest czujna i terrorysty w pieluszce nie wpuści. Ręka w rękę z władzą idzie Kościół, bo też mu na władzy zależy i już dawno zrozumiał, że sentymentalne nauki Jezusa o miłości bliźniego w umacnianiu władzy raczej przeszkadzają, niż ją wzmacniają.

Z tych samych powodów rząd (w każdym przebraniu: i tym dawnym „wilka”, i tym po rekonstrukcji „babuni”) oraz Kościół patrzą przychylnym okiem na rosłych, wygolonych chłopców i ich dziewczyny, którzy urządzają radosne pokazy siły na ulicach miast, na stadionach czy w sanktuariach maryjnych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej