Wojny jednak nie będzie. W poniedziałkowym przemówieniu do narodu egipski prezydent Abd al-Fatah as-Sisi oznajmił, że podjął decyzję, by nie wypowiadać wojny Sudanowi i Etiopii; zamiast tego polegać będzie na mediacji, o którą wystąpił do Banku Światowego. Bank ponoć wstępnie wyraził zgodę, ale Chartum i Addis Abeba nie potwierdziły jeszcze, że mediację przyjmują.

Nie wydaje się, by Egipt poważnie rozpatrywał wojnę na południu: jego armia z trudem już sobie radzi z islamskim terroryzmem na Synaju i z powstrzymywaniem zagrożeń z Libii; otwarcie trzeciego frontu mogłoby się skończyć katastrofą. Ale nie wiadomo też, jaki mógłby być efekt mediacji: tama GERD, która może stać się casus belli, to i dla Egiptu, i dla Etiopii kwestia egzystencjalna.

O Egipcie od starożytności mówi się, że jest „darem Nilu”. Wielka rzeka nawadnia i użyźnia egipskie ziemie, a jej spiętrzenie w hydroelektrowni w Asuanie produkuje 12 proc. elektryczności Egiptu. Kraj cierpi na deficyt i żywności, i energii. Nie może sobie pozwolić na jakiekolwiek ryzyko dodatkowych zakłóceń. Tyle tylko, że źródła Nilu leżą daleko poza Egiptem, a rzeka, nim w szerokiej delcie wpadnie na egipskim wybrzeżu do Morza Śródziemnego, przepływa przez inne kraje; jej prawy dopływ, Nil Błękitny, wypływa z etiopskiego jeziora Tana.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej