Przychodzi w życiu człowieka i taki moment, że musi zgodzić się z Tomaszem Sakiewiczem. Kurz bitewny po rekonstrukcji opada, na polu zostają nagie fakty, zwyczajne ludzkie emocje, urażone ambicje, zawiedzione nadzieje i połamane w proch strategie. Krajobraz niczym z najciemniejszych strof Elliota, choć podejrzanie dużo w nim groteski. W takim oto momencie z ust propagandzisty pada jedno zdanie, po którym nic nie będzie już takie samo. Zdanie boleśnie prawdziwe, jednak (o tym za chwilę) niepełne. Zdanie, dzięki któremu (posłużę się żargonem Kaczyńskiego) jesteśmy „bliżej prawdy”. Tym razem serio.

W rozrachunkowym wywiadzie opublikowanym przez „Do Rzeczy” powiada gorzko Sakiewicz o Andrzeju Dudzie, że ten „przecież był beneficjentem sprawy smoleńskiej”. Co więcej, prezydent „sam nic nie zrobił dla prawdy o tym, co zdarzyło się 10 kwietnia”, a popularność zyskał dzięki filmowi „Mgła” (czytaj: dzięki Sakiewiczowi, który film sprzedawał razem z „Gazetą Polską”). Mocne słowa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej