Partyjną doktrynę w sprawie muzułmańskich imigrantów sformułował Jarosław Kaczyński podczas kampanii wyborczej w 2015 r.: roznoszą choroby i pasożyty oraz sieją terroryzm, więc nie wolno wpuścić do Polski żadnego z nich. To była odpowiedź na to, że podczas kryzysu uchodźczego w Unii premier Ewa Kopacz zgodziła się przyjąć 7 tys. osób uciekających od wojen i śmierci.

Przez dwa lata rządów antyuchodźcza doktryna PiS nie drgnęła. Nie złagodziły jej nawet starania Episkopatu, który w czerwcu 2016 r. poparł pomysł utworzenia korytarzy humanitarnych dla ofiar wojny w Syrii. Chodziło o przyjęcie garstki sprawdzonych osób najpilniej potrzebujących pomocy. Wprawdzie w marcu 2017 r. Kaczyński bąknął w „Rzeczpospolitej”, że „jeśli chodzi o korytarze humanitarne, pomoc nawet kilkuset chorym osobom, to ja nie mam nic przeciwko temu”, ale jego słowa pozostały bez konsekwencji. PiS wzmacniany przez niechęć większości Polaków do muzułmańskich uchodźców, którą sam wytworzył, pozostał nieugięty: zero imigrantów. Mimo presji części Kościoła, papieża Franciszka i Unii nikt z elit władzy nie odważył się na bardziej humanitarną opinię. Aż do dziś. Bo spójność PiS w tej sprawie właśnie pękła.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej