Spadek reputacji Polski w Unii wywołany łamaniem praworządności i ekscesami polityki zagranicznej zbiegł się ze zmniejszeniem siły głosu Warszawy w Radzie UE zgodnie z traktatem lizbońskim (negocjowanym przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego). W marcu skończył się okres przejściowy, gdy można było żądać głosowania na starych, nicejskich zasadach korzystniejszych dla Polski. Tę stratę polski rząd mógł rekompensować autorytetem i nie propagandowymi, ale prawdziwymi wpływami w regionie. Niestety.

Brak sojuszników spotęgowany reformą głosowania na razie przynosi najboleśniejsze skutki w polityce klimatycznej. Unia usiłuje naprawiać szwankujący system zezwoleń na emisje CO2. W efekcie przewidywane koszty dla polskiej energetyki w wzrosły o mniej więcej 6 mld euro (w latach 2020-30) w porównaniu z ustaleniami szczytu UE w 2014 r. A próby odzyskania tych pieniędzy za pomocą unijnych mechanizmów wsparcia dla reform energetyki kończą się klapą. Przed tygodniem Estonia, kierująca teraz Radą Unii, ustaliła z europarlamentem kompromis pozostawiający Warszawę z pustymi rękoma, a zwiększający wsparcie dla Bułgarii i Rumunii. W ostatecznym głosowaniu za Polską zapewne nie stanie więc żadne Trójmorze.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej