Najbardziej zdeterminowani przeciwnicy PiS-u nawołują do zjednoczenia opozycji. Argumentują, że tylko to pozwoli odsunąć PiS od władzy, piętnują „symetrystów” jako szkodników lub „pożytecznych idiotów”. Ich diagnoza brzmi: Kaczyński dąży do ustanowienia systemu o cechach autorytarnych, kwestionującego wolność jednostek i podważającego standardy demokratyczne. Takiego zagrożenia lekceważyć nie można.

Polityka obozu władzy – ani konsekwentna, ani całkiem jednoznaczna – została określona przez gremia kierownicze PiS-u. Zjednoczona prawica otrzymała w wyborach raczej skromne poparcie (18 proc. uprawnionych do głosu i 38 proc. tych, którzy zagłosowali) i nie ma mandatu do zmiany ładu ustrojowego określonego w konstytucji, ale nie ma też podstaw, by twierdzić, że jest pozbawiona szerszej społecznej akceptacji. Kto chce zmiany tej polityki, musi przekonać większość, że to leży w jej interesie i/lub jest jej ideowo bliższe. Wprawdzie w obozie „dobrej zmiany” pojawiły się pęknięcia, ale ciągle bardziej prawdopodobne jest to, że PiS następne wybory po prostu wygra, niż że je sfałszuje. Czy pełne zjednoczenie opozycji jest najlepszym sposobem na przeciwstawienie się autorytaryzmowi PiS-u? Bardzo wątpię.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej